dwa słowa o motocyklach na Rynku

Opublikowane przez admin w dniu

Niektórzy znieczulili się już na regularnie parkowane na rynku motocykle. Chcemy, żeby „Kazimierz Dołujący” przywracał nas do rzeczywistości, przypominał, że nie musi być brzydko – stąd piszemy o wycinanych drzewach, a będziemy jeszcze pisali i o reklamach, i o zalegających wszędzie śmieciach. Nie chcemy przyzwyczaić się do degradacji otaczającej nas przestrzeni.
„Równanie w dół” wydaje nam się niemoralne.

Kilka dni temu motocykliści byli łaskawi gremialnie zaparkować na samym środku rynku (wybór miejsca zapewne rzuca światło na ich profile psychologiczne, ale nie wnikamy…). Na wezwanie naszej Czytelniczki (szybko!) zjawiła się policja. Sprawa jest oczywista – parkowanie na rynku jest łamaniem przepisów o ruchu drogowym, przy dawnej aptece stoi „najmocniejszy” drogowy znak zakazu, czyli „zakaz ruchu w obu kierunkach”, B-1.

Cała kwestia nagminnego parkowania motocykli na rynku na tym się jednak nie kończy.

Motocyklistów nic nie usprawiedliwia, nie ma żadnego wytłumaczenia dla buty parkowania pod samą studnią, ale nie-motocyklistom warto uświadomić, że „niekonwencjonalne” parkowanie jednośladów w miastach, często na granicy prawa, jest praktyką przyjętą wszędzie w Europie. Ma to swoje – sensowne – uzasadnienie: przy motocyklu trudno zostawić bilet z parkomatu, więc w większości miast motocykle legalnie parkują za darmo. W centrach dużych miastach miejsc do parkowania zawsze brakuje, więc upychanie motocykli na krawędziach chodników czy między latarniami ma ten sens, że nie blokuje miejsc potrzebnych samochodom. Samochody za parkowania płacą słono – więc tym bardziej miejsca im się „należą”. W większości miast powstają „zwyczajowe” punkty parkowania motocykli, tolerowane przez policję czy straż miejską. Tu przykład z „porządnych” Niemiec, z Trewiru: „dziki” parking przed nieczynnym kościołem. Zresztą parę kroków od komisariatu policji:

Motocykle pod względem parkowania funkcjonują w pewnych „luzach”, między przepisami a dobrym – albo złym – obyczajem. Te luzy zwykle sprawdzają się w praktyce społecznej i zwyczajnie „ułatwiają życie”. Nie ma potrzeby regulowania, jeśli są obyczaje i społeczna samokontrola. Innymi słowy: nie mamy żadnej satysfakcji z karania motocyklistów mandatami. Chcielibyśmy, żeby trochę bardziej wzięli pod uwagę urokliwość kazimierskiego rynku i, między sobą, uregulowali się sami. Wtedy może nawet znak będzie można zdjąć – on też nie dodaje rynkowi uroku!

__
©